Menu

Jacek Zięba

blog

Co oznacza bycie Polakiem?

Jesteśmy narodem, który żyje własnym mitem. Mitem, który został ukształtowany przez naszą historię, polski system edukacji oraz wzajemne utrwalanie błędnych wzorców będących dla nas jedynie balastem, którego nie czujemy, gdyż zawsze nam towarzyszył.

Co tak naprawdę oznacza bycie Polakiem? Z jednej strony możemy oczywiście udzielić odpowiedzi na to pytanie posługując się definicjami zapisanymi na kartach kodeksów polskiego prawa. Mam dowód osobisty z białym orłem na czerwonym tle, więc dopóki nie zostanę apatrydą lub nie zrzeknę się obecnego obywatelstwa na cześć innego, dopóty pozostanę Polakiem. Znacznie częściej myślimy o byciu Polakiem w ujęciu narodowościowym. Wszak gdy Rzeczpospolita zniknęła na 123 lata z map, Polacy nie stali się nagle Austriakami, Rosjanami i Niemcami, a jedynie mieszkańcami państw zaborczych.

Będąc wyjątkowo homogenicznym społeczeństwem tak ciężko nam zrozumieć odstępstwa od ogólnie przyjętego postrzegania tego faktu. Nie możemy mieć pretensji do kogoś, kto jako obywatel Polski czuje się przede wszystkim Europejczykiem. Nie możemy zabronić niespełna półmilionowej społeczności do postrzegania siebie jako Ślązaków i Polaków jednocześnie. Wreszcie nie możemy odmówić innym prawa do całkowitego zrezygnowania w swoim życiu z rozmyślania nad tego typu kwestiami.

Dorabiamy do bycia Polakiem dodatkową filozofię. Przypisujemy sobie piękne cechy i przymioty. Gościnni, gotowi oddać życie za ojczyznę, szlachetni, pracowici. Tworzymy własny mit, który nie dość, że nie oddaje zawsze rzeczywistości, to jeszcze do nikąd nie prowadzi. Oczywiście analizując swoje poczucie przywiązania do narodu i bycia jego reprezentantem wiele osób samemu narzuca sobie – często zresztą bardzo mądre – wymogi, które pozwalają im czuć się upoważnionymi do spoglądania na biało-czerwoną flagę z dumą. Nie ma tutaj znaczenia, czy jest to płacenie podatków, kasowanie biletu, pomaganie biednym czy też demolowanie budek z kebabem i noszenie odzieży patriotycznej. To indywidualna sprawa każdego z nas. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy zaczynamy to wszystko postrzegać w kategoriach uniwersalnych i narzucać naszą wizję „idealnego Polaka” całemu społeczeństwu.

Dziurawa historia

Dużą winę za błędne rozumowanie i brak liberalizmu związanego z postrzeganiem polskości ponosi system edukacji, a konkretnie nauka historii. W podręcznikach znajdujemy bowiem albo fakty, który nie mają przełożenia na obecną rzeczywistość albo przykłady cierpienia Polski albo zwycięstwa – niestety w dziwny sposób wybiórcze. Wszystkie te elementy łączy jednak jedna wspólna cecha. Potwierdzają, że Polacy są czyści jak łza, nie krzywdzą innych, a sami tylko cierpią. Ta sięgająca romantyzmu wizja związana z porównywaniem naszego kraju do Jezusa na krzyżu będąca w silnej korelacji ze słowami zakochanego w sobie Słowackiego piszącego o „Winkelriedzie narodów” jest z nami od 200 lat i nie za bardzo chce „odkleić się” od naszego sposobu myślenia o sobie.

Oczywiście wiele błędów związanych z polską edukacją jest pokłosiem ery komunizmu. W książkach nie znajdziemy informacji o zdobyciu Moskwy przez Polaków (jeśli już, to ledwie wzmiankę), ale już z bitwy pod Grunwaldem i powstania warszawskiego robimy własne zniszczenie Gwiazdy Śmierci. Odrzucamy informacje o Żeligiadzie, wojskach Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, aneksji Zaolzia i pogromie w Jedwabnem. Szkoda, może wtedy odkrylibyśmy, dlaczego Czesi i Litwini za nami nie przepadają i przepadać nie będą, dopóki dopóty nie zaczniemy goić ran. Ran, których nie chcemy w ogóle zobaczyć.

Bycie Polakiem w uniwersalnym ujęciu nic nie znaczy – większej wagi nabiera dopiero na poziomie jednostki. To ona indywidualnie narzuca sobie pewne wymogi i powody do dumy z tym związane. Dlaczego tak trudno jest nam zaakceptować, że tak jak Chopin, Skłodowska i Wajda byli Polakami, tak samo do tej właśnie grupy ludzi należeli Gomułka, Bierut, Różalski, Potocki i Dmowski? Jesteśmy narodem, jak każdy inny – ze swoimi wadami i zaletami, z idiotami i osobami, z których możemy być dumni. Cieszymy się gdy Lewandowski strzela gole, Kamiński dostaje Oscara, a Hermaszewski leci w kosmos. Skoro jednak jesteśmy gotowi na przeżywanie radości związanych z byciem Polakiem, to miejmy też odwagę na zrozumienie swojej trudnej, a bynajmniej nie nieskazitelnej historii oraz własnych ułomności.

Pasywna duma

Nie mogę nikomu odebrać dumy z bycia Polakiem, choć jej nie rozumiem. Nie potrafię być dumny z czegoś, na co nie miałem wpływu. Nie jestem dumny z koloru swojej skóry, płci i miejsca urodzenia. Co najwyżej zadowolony, że ciąg wydarzeń prowadzący do inicjacji mojego życia zakończył się w taki, a nie inny sposób. Dumny jestem z moich sukcesów i sukcesów moich bliskich. Dlatego też uważam, że duma z bycia Polakiem może pojawić się dopiero wtedy, gdy coś dla Polski zrobimy. To już nasza indywidualna sprawa czy będzie to pójście do urn wyborczych z zamiarem oddania właściwego naszym zdanie głosu czy też zrewolucjonizowanie polskiego systemu podatkowego, który uczyni kraj bogatszy. Zróbmy jednak choć mały krok do uczynienia tego kraju lepszym niż był, gdy przyszliśmy na świat.

Nad swoją własną narodowością zacząłem się zastanawiać dopiero kilka lat temu. Wcześniej było to dla mnie takie proste i takie oczywiste, że dodatkowa atencja nie była wymagana. Czuję się Ślązakiem i Polakiem. Płacę podatki, wrzucam co roku kilka złotych do puszek WOŚP-u, unikam zawiści i kibicuję wszystkim, którym serce trochę szybciej bije na widok biało-czerwonej flagi. To jednak moja wizja bycia Polakiem – nie narzucam jej nikomu i nie godzę się na zmienianie jej przez innych. Odrzućmy poczucie wyższości, wyleczmy się z kompleksów i obiektywnie spójrzmy na siebie samych, jako społeczeństwo. Parafrazując bowiem konstytucję kwietniową – wszyscy i tak odpowiemy przed Bogiem albo historią. Także za to, co dla Polski zrobiliśmy.